środa, 19 lipca 2017

Dziewiętnaście

Steven Rogers
Każdy wiedział, że inwazja Hel w końcu musiała nadejść. Prędzej czy później. Nikt więc nie był zdziwiony, gdy wieczorem we wtorek jeden z patroli odezwał się przez słuchawkę: “Zaczęło się.”
Odłożyłem szkicownik na biurko i przyjrzałem się grafitowemu Bucky’emu patrzącemu na mnie z lekkim uśmiechem. Zapiekły mnie oczy.
– Tęsknię, stary druhu. Szlag, żebyś wiedział, jak bardzo!
Pozwoliłem sobie na chwilę sentymentu, ale potem z bólem dotarło do mnie, że Buck należy do przeszłości. Już nic nie mogłem z tym zrobić. Mogłem natomiast pomóc przyjaciołom, którzy wciąż żyli, którzy potrzebowali mnie tu i teraz. Jego uratować nie mogłem, ich wciąż mogę. Liczą na mnie.
Odłożyłem szkicownik z nową energią i motywacją do walki.
Przebrałem się w strój i już miałem wychodzić, ale mój wzrok padł na telefon stacjonarny leżący na szafce na buty.
Była jeszcze jedna osoba.
Długo mierzyłem się z telefonem wzrokiem, nim podjąłem decyzję.
Wyłączyłem słuchawkę w uchu. Minuta prywatności dla tej jednej, wyjątkowej osoby.
Podszedłem do telefonu.
Wykręciłem numer.
– Halo? – Głos Chris wlał się we mnie i rozszedł ciepłem po całym ciele.
Od długiego czasu unikała mnie, a ja jej. Nie rozmawialiśmy, nie patrzyliśmy na siebie wprost. Byłem zły, że pomogła uciec Lokiemu, a jeszcze bardziej, że mnie okłamała. Przeraziło mnie, że nie była tym, za kogo ją uważałem. Dotarło jednak do mnie, że przecież każdy ma wady. Każdy popełnia błędy. Każdy ma swoja hierarchię wartości. Dla Christeen Holly była ważniejsza niż cokolwiek. Gdy to do mnie dotarło, gniew zmalał. A teraz, w obliczu tak ogromnego zagrożenia, całkiem zniknął.
– Hej, tu Steve. Ehm… jak się czujesz?
– Jesteśmy bezpieczne, jeśli to masz na myśli. Gram z Holly w chińczyka. Coś się stało?
Przełknąłem ślinę. Być może były to ostatnie słowa, które do niej wypowiadałem. Być może ta bitwa będzie moją ostatnią, już nigdy więcej nie zobaczę jej roztargnionego wzroku, nie usłyszę słodkiego głosiku…
Jak mogłem się na nią złościć ten cały czas?
Moje ręce zaczęły się lekko trząść, kiedy sobie to uświadomiłem. I kiedy dotarło do mnie, że nie zbiorę się na to. Nie mogłem, po prostu nie mogłem się z nią żegnać.
Zobaczymy się jeszcze, Chris.
Obiecuję na wszystkie dusze błąkające się po tej metropolii. Obiecuję na wszystkie cegły budujące te cholerne budynki. Obiecuję.
– Nie, wszystko w porządku. Chciałem tylko się upewnić.
– Och, okej. – W jej głosie wyczuwałem całą niezręczność i napięcie, był jak otwarta księga. – A jak tam sprawa u ciebie? Dalej cisza?
– Tak. – Nagle do moich uszu dotarł dźwięk dalekiej eksplozji. – Muszę kończyć, bo przegapię ulubiony fragment filmu.
– Oczywiście.
– Do zobaczenia, Chris. Pozdrów Holly. Do zobaczenia.
– Papa.
Odłożyłem słuchawkę, wziąłem głęboki wdech i wybiegłem z domu.

Tony Stark
Było niemal tak, jak ostatnim razem, gdy zaatakowali nas tu kosmici. Tylko że duchy zmarłych pojawiały się jakby znikąd. W określonych miejscach nagle wyłaniały się z ziemi lub ściany, lub skądkolwiek. Całymi hordami, trzymając w dłoniach mniej lub bardziej prymitywną broń. A potem paliły i mordowały, wydając z siebie zwierzęce dźwięki. Nie obchodziło ich nic, oprócz niszczenia. Nie czuły bólu, kiedy Thor miażdżył im kończyny młotem, Natasha przestrzeliwała ich piersi na wylot, Kapitan zadawał kolejne ciosy. Dopóki nie straciły wszystkich kończyn i nie mogły się poruszyć, nic ich nie powstrzymywało.
Nawet bez kończyn potrafiły się jeszcze doczołgać i ugryźć.
Martwe przecież nie mogło umrzeć.
Pieprzone maszyny zagłady.
Czy to Tesseract je kontrolował? A może Hel miała po prostu taką moc?
Latałem w zbroi z miejsca na miejsce, walcząc z tymi bestiami i ratując ludzi, którzy nie zdążyli się ewakuować razem z policją. Odstawiałem ich w bezpieczne miejsce.
Problemem jednak było, że kiedy oczyściliśmy jedną dzielnicę, atak ustępował i przenosił się do innej, pełnej przerażonych uciekinierów. Jak niekończąca się zabawa w kotka i myszkę. Niekończąca się zabawa w przeżyj lub zgiń.
Ofiar było coraz więcej.
Rozkaz o wypuszczeniu Hulka padł z ust Fury’ego, jednak to Banner zaproponował najpierw, że w tej sytuacji on będzie najprzydatniejszy.
On będzie najlepiej niszczył. Tego teraz potrzebowaliśmy. Zniszczenia przeciwko zniszczeniu.
Tak więc już wkrótce w wir walki dołączył się nasz zielony przyjaciel i praca szła dwa razy lżej.
Walka trwała i trwała, żadna ze stron nie mogła zdobyć znaczącej przewagi, za to trupy cywili coraz gęściej leżały na ulicach. Strażacy, nawet wspomagani nowoczesną technologią, nie nadążali za gaszeniem pożarów.
“Hel jest na szczycie Trump Tower”, odezwał się Hawkeye. “Właśnie się pojawiła. Ma przy sobie jakieś gigantyczne bydle. Wygląda jak… wilk?”
“Fenrir”, wyjaśnił Thor ze złością. “Pozwólcie, że ja się tym zajmę, przyjaciele. Już raz pokonałem tę bestię.”
– Zaczekaj – rozkazałem. – Jarvis, ile czasu do ukończenia broni?
– Siedemnaście minut dziewiętnaście sekund, sir.
Rozbroiłem dwóch kolejnych zombie, którzy wychodzili z zaułka niemal jeden po drugim.
– Mamy jeszcze siedemnaście minut – kontynuowałem, próbując się skupić. – Zaczekajmy. Jeśli dziewczyna zacznie rozrabiać, wkraczasz do akcji. Na razie cywile są najważniejsi.
Kilka minut później Hawkeye znów odezwał się w słuchawce.
“Chłopcy… Mamy problem.”

Holly McCarter
– A ty tu po co, śmiertelniczko?
Stanęłam naprzeciw Hel i zacisnęłam ręce w pięści, by dodać sobie choć trochę odwagi. Chłodny wiatr napierał na mnie zza pleców jak bóg wojny pchający mnie do walki. Nie ruszyłam się o milimetr. Powoli zapadała noc, jednak wszystko oświetlały miliardy żarówek Nowego Jorku. Jak wielka latarnia.
Za ukrytą w futrze sylwetką bogini warczał na mnie Fenrir, wyszczerzając swoje wielkie kły. Bestia była niemal dwa razy wyższa niż ja, a ziemskie otoczenie wcale nie odejmowało jej na straszności.
Wyraźnie była wściekła po naszym ostatnim spotkaniu, bo kłapnęła zębami i od razu ruszyła do ataku.
Wyjęłam zza pasa broń i nacisnęłam spust w ostatniej chwili, kiedy Fenrir wyskoczył, by mnie dopaść.
Kula emanująca błękitną poświatą trafiła prosto w jego pysk. Wilk zaskowyczał straszliwie, upadł tuż przed moimi nogami, a potem poruszył się konwulsyjnie. Ciemne futro musnęło moje odsłonięte łydki. Okazało się zaskakująco miękkie.
Podniosłam wzrok na Hel. Jej uroczą buźkę wykrzywił grymas złości. Wycelowałam w nią skradziony pistolet.
– A teraz, jeśli nie chcesz, żebym i do ciebie strzeliła, zatrzymaj atak.
Głos mi się trząsł, więc może nie robiło to takiego wrażenia, jak chciałam. Miałam jednak nadzieję, że przynajmniej wyglądałam groźnie.
Ha, na pewno, Holly!
Na pewno wyglądasz groźnie w dresowej bluzie, spodenkach i w butach do biegania, które na szybko założyłaś, uciekając od Chris “na krótki jogging”. Nie zapominajmy też o kamizelce kuloodpornej oraz usztywniaczach na przedramionach skradzionych w ostatniej chwili przy okazji kradnięcia pistoletu.
Hel prychnęła rozbawiona.
– Myślisz, że możesz mi zagrozić tą zabaweczką? Sama? Gdzie twoi chłopcy do ochrony?
Nie odpowiedziałam. Trzymałam broń wycelowaną prosto w serce bogini, a ona zdawała sobie z tego nic nie robić. Położyłam palec na spuście.
– Daję ci ostatnią szansę, Hel!
– Myślisz, że nie zapewniłam sobie ochrony przed waszą ziemską bronią?
Trochę zbiło mnie to z tropu. Nie trzymałam jednak w rękach ziemskiej broni. To był jeden z prototypów stworzonych na podstawie Tesseractu. Na to Hel nie mogła być przygotowana. Miałam szansę.
Z daleka usłyszałam potworny, bezkształtny ryk. Jakby ktoś mnie wołał.
Wzięłam głęboki wdech.
– Jak sobie życzysz.
Jednym szarpnięciem docisnęłam spust.
Potem zobaczyłam tylko, że promień nie dosięga jej ciała, jakby trafił w niewidzialną ścianę. Wielka ręka chwyciła mnie w pasie… poszybowałam ponad budynkami, przyciśnięta do ciała Hulka. Lądowanie kilka budynków dalej wstrząsnęło moim ciałem. Omal nie zwymiotowałam.
Dłoń puściła. Upadłam. Hulk także.
Wydał z siebie ryk, a potem na moich oczach potwór zmienił się z powrotem w Bruce’a Bannera.
– Bruce… Co do cholery…
Leżał na plecach. Podniosłam się na kolana. Rozejrzałam się w poszukiwaniu pistoletu, ale nigdzie go nie było. Musiał spaść podczas lotu.
Moją uwagę przykuł dopiero jęk Bruce’a.
Dostrzegłam na jego boku coś niby ogromny siniak, który miał jednak błękitnawy odcień.
– Bruce, czy ty…? Kurwa. No, kurwa, Banner! Idioto!
Przyczołgałam się do niego. Rana powoli z błękitnej zmieniała się w fioletową, potem w czerwoną. Po kilku sekundach wypłynęła stamtąd krew.
– Bruce, no co ty? Chyba sobie jaja robisz. Nie możesz mi teraz umrzeć, nie możesz!
Podniósł rękę i dotknął delikatnie mojego policzka. Przytrzymałam go swoją ręką, bo widziałam, jak opadał z sił. Jakby życie wypływało z niego przez ranę.
– Holly. Nie zapomnij o mnie, proszę. Nie zapomnij…
Płakał. Uśmiechnął się jednak lekko.
Mi też łzy ciekły po policzkach. Uścisnęłam mocniej jego rękę.
– Nie, Bruce. Nie zapomnę, bo ty nie umierasz, jasne?! Słyszysz mnie?
Odetchnął lekko.
Po raz ostatni.
Nie zauważyłam nawet, kiedy Stark tu przybył. Zapamiętałam tylko, jak metalowa ręka zbroi odsuwa mnie od ciała, a potem podnosi je i odlatuje. Bez słowa. Bez jednego, kurwa, słowa.

>Nowy rozdział!< wkrótce ;)

Okej, sorry, przepraszam, wybaczcie za zakończenie! Przyznaję się, to był mój pomysł i to ja mam krew na rękach. Pewnie odpokutuję za to w piekle. Jednakże na swoją obronę...! Nie mam nic xd No, przynajmniej poświęcił się dla ukochanej, co? Chyba lepiej tak, niż żyć całe życie, wiedząc, że nigdy się nie będzie z kobietą, którą się kocha? Nie wiem, sami oceńcie :)
.
.
.
.
.
.
template by oreuis